***ciągci
Nasz Kościół


Porządek nabożeństw

w naszym kościele:

Msze Święte:

w niedziele i święta

7:30, 9:00, 11:00,
 

12:30, 14:00, 17:30


w dni powszednie

7:00, 18:00

Rozważania Słowa Bożego na dziś:




Czy można miłować nieprzyjaciół?

„Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” (J 6,60) — chciałoby się powiedzieć po wysłuchaniu dzisiejszej Ewangelii. Bo czyż łatwo jest przyjąć, a tym bardziej wypełnić aż tak wymagające wezwanie: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. (...) Daj każdemu (...) nie dopominaj się zwrotu (...)”? Żeby chociaż Pan Jezus uwzględnił jakieś wyjątki, żeby dodał jakieś „ale...”, jakieś „chyba że...”. A tymczasem nic z tego. Kieruje to wezwanie do każdego i — co więcej — mówi w nim o konieczności miłowania wszystkich, nawet tych, których trudno miłować. Mam więc miłować nawet kogoś, kto wyrządza mi zło, kto mnie krzywdzi, zadaje mi ból? Czy coś takiego jest w ogóle możliwe?

Dzisiejsza Liturgia Słowa pokazuje nam, że tak i podaje bardzo konkretny przykład takiej właśnie postawy. Oto Dawid, ścigany przez Saula, chcącego go zabić, daruje mu życie. Motyw, jakim się kieruje, jest natury czysto religijnej, wynika z jego osobistej wiary — jest nim bojaźń Boża. A bojaźń Boża to postawa wyrażająca się w czci oddawanej Bogu i w głębokim szacunku połączonym z nabożnym lękiem wobec Niego. Dawid oszczędza człowieka, który czyha na jego życie tylko dlatego, że człowiek ten jest Bożym Pomazańcem. A „któż (...) podniósłby rękę na Pomazańca Pańskiego, a nie doznał kary?” (1 Sm 26,9).

W jaki sposób nakaz miłości nieprzyjaciół przełożyć na codzienność, na praktykę życia? Właściwą perspektywę daje tylko wiara (tak jak w przypadku Dawida). Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że sam z siebie nic uczynić nie mogę — nie mogę sam siebie zbawić, nie mogę o własnych siłach uczynić nic dobrego. Nie mogę też — opierając się tylko na sobie samym — miłować swoich wrogów ani im przebaczać. Ale mogę to w Tym, który mnie umacnia — w Nim wszystko mogę! (Flp 4,13). Im dotkliwiej doświadczam własnej słabości i niemocy, tym bardziej powinienem u Niego szukać siły. Wszak On, jak niegdyś św. Pawłowi, obiecuje: „Wystarczy ci mojej łaski” (2 Kor 12,8). Czyż nie jest to krzepiące? Wystarczy łaski! Jej skuteczność zależy jednak od mojego na nią otwarcia.

A jak poradzić sobie z bólem, jaki pozostaje po doznanej krzywdzie? Tu wielką pociechą jest fakt, że nigdy nie cierpię sam, że krzywda, której doznaję, boli nie tylko mnie. W jej obliczu warto sobie uświadomić, jak bardzo cierpi Pan Jezus. On za tego, który sieje nieprzyjaźń, nienawidzi, przeklina, oczernia... oddał przecież życie, umarł na krzyżu w straszliwych mękach. Jak bardzo więc wszelkie zło boli najpierw Jego. A mimo to nie przestaje kochać, nie odrzuca. Mnie nikt fizycznie nie krzyżuje, nie muszę umierać za tego, kto mnie krzywdzi. Mam go „tylko” kochać, nie nienawidzić, nie odpowiadać złem na zło, nie życzyć złego. W porównaniu z Ofiarą Jezusa wydaje się to tak niewiele. Chociaż tak bardzo czasami boli.

Z drugiej strony dobrze jest sobie uświadomić, jak bardzo bolą Pana Jezusa moje własne niewierności i grzechy. Czy — według ludzkiej logiki — zawsze jestem godny tego, aby za mnie umierać? Czy zawsze zasługuję na przebaczenie? Św. Paweł zapisał w Liście do Rzymian tak wymowne słowa: „(Nawet) za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością (...) zaś (...) Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami” (Rz 5,7—8). A św. Piotr dodaje: „(...) to się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia. (...) Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami. (...) On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie” (1 P 2,20—23). Miłując więc nieprzyjaciół, a co za tym idzie — przebaczając im, czynię to, co wobec mnie nieustannie czyni Chrystus.

W tym kontekście jakże przejmująco brzmią słowa, jakimi — według św. Mateusza — zakończył Pan Jezus Modlitwę Pańską: „(...) jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień” (Mt 6,15). Wszak w modlitwie tej prosimy wyraźnie: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” (por. Mt 6,12; Łk 11,4). Ilekroć je wypowiadamy, powinniśmy robić rachunek sumienia z naszej miłości bliźniego, również nieprzyjaciela.

Gabriela i Piotr Pindurowie